Czy certyfikaty mają znaczenie?

Oryginalny post: Do Certifications Matter?

Autor: Jeff Atwood

Wymień jakąkolwiek ważną technologię oprogramowania, a znajdziesz odpowiednią ścieżkę certyfikacyjną. Odpłatną oczywiście.

certyfikacja java

To dezorientujący i zastraszający szereg akronimów: MCSD, SCJD, RHCE, ACSA. A firma oferująca daną certyfikację jest najczęściej tą samą firmą, co firma sprzedająca dany produkt. Nie ma tu konfliktu interesów.

Ale czy te certyfikaty w rzeczywistości sprawdzają się? Czy są uzasadnionymi referencjami? Czy ludzie posiadający te certyfikaty radzą sobie lepiej niż Ci, którzy ich nie mają? Wyobraź sobie siebie jako przyszłego pracodawcę, prowadzącego rozmowę kwalifikacyjną z kandydatem, który pokazuje Ci następującą rzecz:

ruby on rails certificate

Moja reakcja jest zawsze taka sama. Bardzo fajnie, ale pokaż mi nad czym pracowałeś do tej pory.

Twoje referencje powinny być sumą projektów, nad którymi pracowałeś, a zwłaszcza tym jak wiele nauczyłeś się ze swoich porażek. Z pewnością Twoje faktyczne doświadczenie, Twoje portfolio, liczy się o wiele bardziej niż to, czy zdałeś wybrany test jakiś czas temu.

Mam mieszane uczucia co do certyfikacji.

Pracowałem z tak zwanymi "web" developerami, którzy nie rozumieli jak działają HTTP POST i HTTP GET. Tacy programiści wywołują u mnie pragnienie certyfikacji na pewnym poziomie. Nawet jeśli nie byliby kompetentni to, jeśli posiadaliby certyfikaty, dałoby im to przynajmniej pojęcie o podstawowych zagadnieniach, które umożliwiałyby im pracę. Tak czy inaczej to tylko teoria. Na najniższym poziomie wydaje się być rozsądnym wymaganie certyfikatu w konkretnej technologii przed dopuszczeniem do pracy. Z tego samego powodu większość firm nie zatrudni nikogo kto nie ma, powiedzmy, ukończonej szkoły średniej, bądź uczelni wyższej.

Z drugiej strony, pracowałem ze starszymi programistami, którzy mieli całą masę certyfikatów, a nadal nie mieli pojęcia o tym, co robią.

Dyskusja dotycząca certyfikacji szaleje od lat. Ten list od Toma DeMarco do edytora z 1998 roku pokazuje jak sporny może być temat certyfikacji.

Mimo iż przesłaniem certyfikacji jest zawsze dobro ogółu, prawdziwy cel jest inny: przejęcie władzy. Certyfikaty to nie jest coś co tworzymy dla korzyści społeczeństwa, ale dla korzyści instytucji certyfikujących. Wielką rzeczą jest decydować, które istnienie ludzkie powinno być dopuszczone do pracy, a które nie. Ci którzy chcą być częścią tej wielkiej rzeczy, tworzą rdzeń obozu zwolenników certyfikacji.

Cała ta dyskusja jest poniekąd nieuczciwa. Pojęcie "certyfikacji", przykładowo, przywołuje obraz młodocianych ludzi ustawionych w kolejce po odbiór obowiązków biurowych, kiedy ich rodzice, siedzący na widowni, wycierają łzy dumy, a chór delikatnie nuci złożone melodie. Ale prawdziwym problem nie są tu certyfikacje; prawdziwym problemem są de-certyfikacje. Niektórzy ludzie zostaną przekreśleni nie dlatego, że są bezużyteczni według potrzeb rynku, ale dlatego, że nie stają na głowie dla instytucji certyfikujących. Pozostaliby niezauważeni - przynajmniej zdaniem Nancy Mead - Ci, którzy nie posiadają określonych stopni. Przykro nam Panie Gates, w nowym, lepszym świecie, nie pozwolonoby panu pisać oprogramowania. Można wyczuć frustracje instytucji certyfikujących w chwili, gdy firmy takie jak Yahoo zatrudniają dzieciaków zaraz po szkole, które nie wiedzą nawet, co to jest Data Division, na miłość boską! Coś musi zostać z tym zrobione!

DeMarco kontynuuje skromnie sugerując, iż rynek jest całkowicie dobrym sposobem selekcji:

Jestem za tym, aby pozwolić staruszkom typu Citicorp, Aetna czy Microsoft, samym sobie ustalać sposób na zatrudnianie ludzi. Mówię Wam, że mamy już doskonale działający system selekcji; nazywa się - rynek. Jedni ludzie są zatrudniani jako programiści a inni nie. Ten system jest o wiele bardziej kompetentny i etyczny, niż jakakolwiek powołana elita mogłaby być.

Osobiście, zgadzam się z DeMarco. Nie wierzę w certyfikacje. Kolekcja certyfikatów nie zastąpi porządnego portfolio; powinieneś spędzać czas na tworzeniu jakichś rzeczy, a nie na nauce testów wielokrotnego wyboru. Ale to też nie znaczy, że są one bezużyteczne. Nie uważam, iż certyfikacje wadzą, ale tylko wtedy, kiedy jesteś w stanie razem z nimi zademonstrować efekty swojej pracy.

Data publikacji oryginału: 17 stycznia, 2007

4 komentarze:

koziołek pisze...

Jak zawsze ogólnie, jak zawsze tylko w połowie słusznie. Dużo zależy od firmy certyfikującej i sposobu zdawania egzaminu. W przypadku RHCE nie ma praktycznie możliwości zdania egzaminu bez praktycznej wiedzy. Test jest tak skonstruowany, że teoretyk nie przeskoczy nawet "na farcie".
Z drugiej strony jest SCJP, który przypomina raczej test na wydziale medycznym. Wystarczy zakuć i "przerobić" kilka mocków. Test "zdaje się sam".
Certyfikaty podobnie jak dyplom gwarantują jakiś minimalny poziom osobnika. Oczywiście podobnie jak z dyplomami nie zawsze wszystko się zgadza.

reVis pisze...

Różnice między certyfikacją, a pracą własną widziałem już wiele razy na poziomie akademickim. Znam parę osób, które na studiach uzupełniających mgr pojawiły się z uczelni prywatnych/zaocznych z papierkami od np CISCO. Na pierwszy rzut oka sprawiało to świetne wrażenie. Przy drugim, okazywało się, że są strasznie niekompetentni i można było postawić pytanie: Co oni robią na infromatyce? Zdaję sobie sprawę, że ten ich certyfikat to śmiech na sali i tylko znak, że chodzili na jakieś dodatkowe płatne zajęcia. Ale pracodawca niekoniecznie musi o tym wiedzieć.

macpak pisze...

Moim zdaniem zdanie certyfikatu pokazuje że posiadasz wiedzę na temat danej technologii, lecz nie czyni Cię "specjalistą" (chociaż np. zdając MCTS teoretycznie jesteś :) ). Jednakże uważam że jest to dobra metoda, gdy np chcesz się nauczyć pewnej technologii.

whill3r pisze...

Moim zdaniem, certyfikacja jest ok. Wiadomo, że zatrudnienie programisty tylko na podstawie tego, że posiada dany certyfikat, nie jest dobrym rozwiązaniem, nie mniej jednak w jakiś sposób potwierdza to poziom zdobytej przez osobnika wiedzy.

Dodatkowo przygotowania do egzaminu często pozwalają (jak wcześniej już ktoś wspomniał) na w pewnym sensie 'zmuszenie' się do rozszerzenia wiedzy na temat danej technologii o informacje, które może na daną chwilę nie są wykorzystywane, lecz wiedza o nich może zaoowocować w przyszłości :)

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails